rozkładam się. normalnie. taki stan rozkładu. co to jak gołąb jest w takim stanie to pociąga niesamowicie mojego canisa i canis wtedy idzie i wyciera się w gołębia będąc zapewne przekonanym, że teraz nabiera prawdziwie męskiego (psiego?) zapachu. a potem po powrocie do domu, muszę go zniewieścić jakimś kwiatowym szamponem, albo takim o zapachu mleka i miodu... czyli generalnie fuj!
no i właśnie ja się tak rozkładam. atakują mnie koty. albowiem ponieważ ostatnio raczej gościem jestem w domu (hotelu?? noclegowni??) więc wyczaiły, że skoro już jestem chora i nie mam siły się bronić to należy wykorzystać ten moment i się naprzytulać na zapas. jakkolwiek miłe by to nie było sierść mam teraz wszędzie. w uszach tyż...
a leżeć muszę, bo jutro jest nowy dzień! jak szumnie głoszą bilboardy. a ja w ten nowy dzień! do fabryki podążyć muszę. zmierzyć się z rzeczywistością. już naprawdę nie mogę się doczekać... Nowy Dzień! i już mam uśmiech numer 10. i życie staje się lepsze. A jeśli jednak się zdenerwuję (nie wiedzieć czemu) to wezmę sobie persen. A jeśli zasnąć mogła nie będę to melatoninę...
dobra. nie narzekam. idę do łóżka pośnić (poślinić się...? :) ) o koniach w galopie. brykałam w ubiegły łikend, ale ubiegł już i ledwo pamiętam, że brykałam a bryknęłabym znowu.
Gdybym tak wygrała 13 milioników (ale pewnie nie wygram, bo zapomniałam zagrać) to kupiłabym sobie konika. i domek. i stajenkę. i pole i kawałek lasu, gdzie mogłabym brykać. i samochodzik, żeby do tego domku dojechać. i wilczaka, bo marzę o nim od lat. i pracowałabym dla przyjemności, a nie dla kasy...
wiecie, to niesamowite uczucie, po kilku miesiącach ścisłej diety zakupowej pójść i wydać pół pensji :) kupić wymarzony płaszczyk, ukochane perfumy... a wszystko takie drooogie (bo wszystko w galeriach i innych parkach jest drogie) i (uwaga! to ważne!) nie mieć wyrzutów sumienia :)))
jak mi błogo :)
za godzinę lecę do fryzjera hihihi
PS. Występ się udał. co prawda miejscami pojechaliśmy po tekście, ale o tym wiemy tylko my, bo publika nie ma skryptów :) W sobotę znowu :) Ah, wreszcie ciężka praca przynosi satysfakcję... cudowne uczucie :)
tak to chyba mogę określić. wizyta wiedźmy na własnym blogu.
tyle rzeczy się działo w międzyczasie, że nie wiem nawet od czego zacząć... Nowa praca w starym miejscu wciąga. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałam lunch i inne takie niepotrzebne duperele. Ale jest fajnie. Nie mogę narzekać. Może jeszcze z miesiąc i się przyzwyczaję na dobre.
chociaż... w tym co robię trzeba być bardzo dokładnym. Jak aptekarz. a widział ktoś dokładną wiedźmę? Wiedźmy są chaotyczne, bo pochodzą z chaosu właśnie... no i cóż, myślę, że ta praca to jednak chwilowa. Marzy mi się zostanie trenerem i szkolenia.
Ale na razie i tak nie mam czasu marzyć, bo wszelkie wolne chwile zasysa kabaret. Dziś próba generalna. I choć byłam piekielnie zmęczona i myślałam, że zasnę jak kłoda, to nie zasnęłam... stres. Kurczę... chyba muszę pójść na jakiś warsztat antystresowy, albo inną cholerę.
i tak patrzę na to co napisałam - wygląda jak list do domu, albo raczej do bloga... w każdym razie nie zapomniałam, ale czasu nie mam...
BTW kiedy dadzą nam tą godzinę, którą zabrali na wiosnę????
- Wiesz co, postanowiłam, że ludzie to jednak muszą mieć problemy
- Przerażająco stanowcze postanowienie
- To prawda
- A czy wzięłaś pod uwagę, że w przeciwnym razie mogliby być szczęśliwy
- Ależ oczywiście
- I nie przekonał cię ten argument?
- Szczerze mówiąc… nie bardzo
- Hm… ludzie mogą być zupełnie innego zdania
- A czy to jest istotne?
- Właściwie…
- Moja droga, to nie jest istotne. Nikt nigdy nie pytał się ich o zdanie i lepiej, żeby tak pozostało. Tworzenie precedensów bywa… niebezpieczne. Pomyśl jak trudne, albo wręcz niemożliwe byłoby ustalenie czegokolwiek, gdybyśmy pozwoliły im zająć miejsce w łańcuchu decyzyjnym. Zaczęłoby się od kłótni, przepraszam, od dyskusji, albo wręcz referendum, kto kogo ma kontrolować i w jakim stopniu. Potem powstałaby komisja do zatwierdzania naszych wniosków. Komisja musiałaby mieć oczywiście prezesa, vice prezesa, sekretarza, sekretarkę, siedzibę - najlepiej wyłożoną marmurami i oczywiście jakąś szumną, wpadającą w ucho nazwę. Komisja stworzyłaby tysiące wniosków, formularzy, wprowadziłaby opłaty i godziny przyjmowania interesantów w wyniku czego, sprawienie komuś Problemu stałoby się hm… problematyczne. A potem powstałaby komisja do badania działań komisji…
- Przestań! Błagam przestań!!!
- Sama widzisz… precedensy nie są dobre.
- Zgadzam się! Zgadzam się w stu procentach. Mogłabym się zgodzić nawet w dwustu, ale to byłoby głupie.
- Bardzo głupie.
- Ale tak sobie myślę, że mimo wszystko ludzie mogą nie zrozumieć twoich motywów.
- Naprawdę?
- Naprawdę
- Oh, przecież to oczywiste…
- Hm?
- No tak, wyobraź sobie świat bez problemów.
- Mhm…
- Już?
- Tak. Ślicznie.
- Nie zemdliło cię jeszcze?
- Nie. Fajnie tak popatrzeć na szczęśliwych ludzi.
- Tak, szczęśliwi, mili dla siebie, grzeczni, ułożeni i piękni.
- Mhm…
- A teraz poszukaj nas
- Nie ma…
- Otóż to!
- Ojej!
- Właśnie. Ojej.
- Wiesz co, właśnie stwierdziłam, że masz rację. Ludzie muszą mieć problemy.
zegarek w pierwszym pokoju spieszy się... ale nie wiem ile
zegarek w drugim pokoju spieszy się jakieś 7, 8 albo 9 minut - trudno powiedzieć, bo on ciągle pszyspiesza
zegarek w telefonie teoretycznie chodzi dobrze, ale pewnie się spóźnia, bo on tak ma...
zegarek w wieży... ten to w ogóle chodzi jak mu się podoba, i proste działania matematyczne typu odejmowanie, dodawanie nie zdadzą tu rezultatu. zresztą komu by się chciało pamiętać, że żeby uzyskać właściwą godzinę trzeba odjąć 3 godziny i dodać 17 minut?
zegarek w dupsku Canisa chodzi bardzo punktualnie. Godzina ósma a pies przy mnie :)
Zapamiętanie tego który zegarek, ile, i w przód czy w tył to jest dopiero wyzwanie dla pamięci!
A i tak wszystko się rypnie jak wyłączą prąd - bo się wyzerują cholery...
wiedźma brykała na kobyłce, a kot na siwku, który pochodzi ze stajni z Janowa. Siwek jest prawdziwym koniem wyścigowym, swego czasu brykał na służewcu, ale teraz choć jeszcze stary nie jest, bryka tylko po łąkach i lasach :) Ale za to do brykania chętny jest jak mało kto. No a kobyłka ma dumę wielką jak jej zadek :)
no więc wracaliśmy sobie do domu po łagodnym spacerku - znaczy się ani konie ani my się nie wybrykaliśmy - została nam ostatnia prosta na łączce :)
No to co? - wrzasnęła wiedźma do kota - Galopkiem? :)
No to galopkiem - odparł kot - i smyrgnął leciuśko, leciusieńko łydeczką swojego siwka. A ten jak nie skoczy. normalnie z miejsca w galop, a po dwóch krokach w cwał!
No moja kobyłka jak to zobaczył, jak wystartowała, no przecież siwek nie może jej uciec, ona nie może być gorsza. Ale że większa, cięższa (bo w ciąży, a nie dość że w ciąży to jednego małego czorta już ma, jest tak samo wredny jak mamusia) to troszkę dłużej się rozpędzała. No jakieś cztery kroki, a potem runęła jak taran. Czułam się jakbym siedziała na rakiecie. Że ona ma taki pałer w dupie to ja się nie spodziewałam :)
A my? A my złapaliśmy się mocno grzyw, toczki nam na oczy pospadały, wiatr wycisnął łzy z oczu, ale nie spadliśmy :) Łączka się skończyła to i udało nam się konie zahamować i elegancko - znaczy w jednym kawałku - wrócić do domciu :)
A potem post factum poznaliśmy nową zasadę użytkowania konika : nie galopuje się do domu, albowiem ponieważ konie wtedy często ponoszą i jeźdźców zrzucają, zwłaszcza jeśli są to byłe konie wyścigowe, albo mamy, które się spieszą do swojej pociechy, która była została na padoku.